wtorek, 11 listopada 2014

Zawieszam bloga!




      Trudno mi to robić i o tym pisać, ale muszę zawiesić bloga z powodów osobistych. 
                                        Możliwe, że wrócę w okolicach świąt.
     Trzymajcie się!         

środa, 29 października 2014

Rozdział IX


                  Wtuliłam się w ciało mężczyzny. Oparłam głowę na jego ramieniu i spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie, ledwie mrugając. W tym momencie raczej nie przypominałam pociągającej dziewczyny, którą chciałam się stać. Dzięki czerwonej od gorączki twarzy i worom pod oczami prędzej można by mnie nazwać burakiem, niźli atrakcyjną kobietą. Moje powieki drżały. Trudnością było utrzymanie ich otwartych. Już miałam je zamknąć, by pogrążyć się we śnie, kiedy nagle Ed przyciągnął mnie do siebie. Spojrzał głębiej w oczy i delikatnie odsunął z moich zaszklonych oczu kosmyk włosów. Czułam jak jego ciało drży.

- Proszę, nie odchodź - cicho powiedział - Kocham cię.

- Ed, to...

Nie dał mi dokończyć. Dotknął moich ust, a ja oddałam się mu całkowicie, doświadczając odwzajemnionego uczucia, którego nigdy nie zaznałam wobec nikogo. Aż do tej chwili.

Mężczyzna odchylił się i delikatnie uśmiechnął.

- Czujesz się na siłach, aby wyjść na miasto? - spytał, jak gdyby nic się nie stało.

- Eeeee, obłożnie chora nie jestem, dam radę.

- No to przebieraj się z piżamy i idziemy na zakupy.

Szybko założyłam moje standardowe ubranie, czyli jeansy, płaszcz i wyszliśmy z mieszkania. Zmierzaliśmy w kierunku rynku. Nawet nie wychwyciłam chwili, w której Ed złapał mnie za rękę. W końcu trafiliśmy pod jakiś sklep z ubraniami.

- Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda? - spytałam.

- Nie. A teraz masz tu trochę kasy i kup coś przyzwoitego do założenia na siebie.

- Naprawdę, już chyba masz za dużo pieniędzy - powiedziałam zaczepnie, po czym ruszyłam w stronę budynku.

Był przestronny, a w środku jak przystało na sklep z ubraniami wszędzie znajdowały się ciuchy. Postanowiłam wybrać najważniejsze rzeczy. Złapałam buty na zimę, kurtkę, dwa t-shirty, jeansy i coś do spania, czyli szorty i koszulkę. Zapłaciłam za nie i ruszyłam w stronę wyjścia. Przy drzwiach stał Ed.

- Zakupy udane?

- Dziękuję. Za wszystko.

- Przestań za wszystko dziękować. Wracajmy już, zaczyna padać.

Reszta drogi minęła w milczeniu. Nie wiadomo kiedy minęło tyle czasu; była już godzina 18.

Weszliśmy do ciepłego, przytulnego mieszkania. Od razu zdjęłam płaszcz, buty i złapałam gitarę. Usiadłam na kanapie i zaczęłam coś brzdąkać. Ed poszedł do kuchni. Poczułam ogromne zmęczenie i korzystając z jego nieobecności zamknęłam oczy. Tylko na chwilę, aby odpocząć.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się. Obok mnie siedział Ed. Musiałam zasnąć, bo nie przypominam sobie momentu, w którym wrócił z kuchni. Zauważył, że nie śpię i delikatnie się uśmiechnął. Odpowiedziałam mu tym samym i usiadłam. Spojrzałam na zegar. Już 20? Spałam dwie godziny? Czas iść spać...

Wzięłam moją nową piżamę i szybko się przebrałam. Wyszłam z łazienki i ruszyłam w stronę salonu. Zrobiłam się czerwona, gdy to zobaczył. Uciekłam, nie chciałam, żeby tego widział. Pamiętam te czasy, gdy jeszcze ledwo wiązałam koniec z końcem, nie miałam co jeść, cierpiałam. Blizny, których teraz się wstydzę kiedyś przynosiły ukojenie, nie pozwalały załamać się. Wolałam się pociąć, niż siedzieć i rozpaczać nad sobą.

piątek, 17 października 2014

Rozdział VIII


              Ze snu wybudził mnie głos Eda. Siedział w sypialni i grał. W drzwiach można było dostrzec jego sylwetkę. Usiadłam powoli na kanapie i zaczęłam słuchać.
"Give me love, like never before,
Cause' lately I've been craving more.
And it's been awhile, but I still, feel the same.
Maybe I should let you go.
You know I'll fight, my corner,

and that tonight, I'll call ya,
after my blood is drowning in alcohol.
No, I just wanna hold ya..."

Przerwał, po czym ciężko podniósł się z łóżka. Ruszył widocznie zamyślony w stronę salonu. Wydawał się być zaskoczony moim widokiem.- Cześć - zagadnęłam, po czym się uśmiechnęłam.- Cz-cześć...d-dawno wstałaś? - jąkał się.
- Chwilę temu. Masz jakieś plany na dziś?
- Chyba nie...aaa ty?
- Chciałam pójść na rynek, żeby pograć, ale ból gardła mi to skutecznie uniemożliwił.
- Przecież nie musisz grać! Wiesz przecież, że zawsze mogę ci pożyczyć pieniądze.
- Ed, to nie jest w porządku, że ja żyję na twój koszt. Chciałabym przynajmniej trochę się dołożyć do wydatków.
- Daj spokój. Kiedyś mi oddasz - dodał zaczepnie. - Co zjesz?
- Co tam masz, obojętnie.
Stałam oparta o blat kuchenny, po czym przypomniałam sobie o zdarzeniach z wczorajszego wieczoru. Zdaje się, że Ed myślał, że spałam. Nie wiedziałam co o tym myśleć, ale też nie chciałam tego specjalnie dociekać.
Udałam się do salonu i przysiadłam na kanapie. Chwilę potem dołączył do mnie Ed, wręczając mi talerz z tostami.
-Too...myślisz, że moglibyśmy dzisiaj popracować nad piosenką? - spytał nieśmiało.
- Od razu mówię, że dzisiaj mój głos nie nadaje się do niczego.
- Na to i tak jeszcze za wcześnie - powiedział - najpierw przydałoby się ułożyć melodię i zapisać tekst.
- Więc myślę, że możemy spróbować. Kiedy zaczynamy?
- Od zaraz. Bierz gitarę.

Podniosłam instrument, oparty o kanapę. Ed udał się do sypialni gdzie zostawił swój.
Poczułam, że gorączka znowu atakuje moje ciało, a chwilę potem wstrząsnęły mną gwałtowne dreszcze. Skuliłam się czekając na mężczyznę. Wrócił chwilę później. Usiadł na kanapie i bez słowa zaczął coś grać. Postanowiłam pójść w jego ślady i również próbowałam tworzyć. Znowu poczułam dygotanie. Nagle Ed wstał gwałtownie i ruszył do garderoby. Zdziwiona jego reakcją odwróciłam się w tamtą stronę. Wracał. Trzymał w ręku koc. Nakrył mnie nim i objął ramieniem. Nagle poczułam rozchodzące się po moim ciele ciepło. Odetchnęłam głęboko i przymknęłam oczy. Czułam się z nim bezpiecznie. Tak naprawdę, nigdy nie chciałam stąd odchodzić. Było mi z nim tak dobrze. Nigdy w życiu nie zaznałam takiego ciepła, takiej dobroci. Doznałam tutaj więcej szczęścia w kilka dni, niż przez kilkanaście lat mieszkając z rodziną. Przytuliłam się mocno do Eda i uroniłam kilka łez. Łez szczęścia.
_________________________________________________________________________
Cześć. Rozdział trochę krótki, ale uznałam, że nie można go inaczej zakończyć :)
~Sheeraneiro







wtorek, 7 października 2014

Rozdział VII


                          Po wyjściu z mieszkania Alexa przystanęliśmy oboje przed wieżowcem. Ed wydawał się być zadowolony z polecenia managera. 
- To... Kiedy zaczynamy? - spytał z nieukrywaną radością.
- Ed... Ja naprawdę nie jestem kimś, kto umiałby pisać piosenki. Wybacz mi, ale tak chyba będzie lepiej...
- Och...Jesteś pewna?
- Tak. Poza tym, muszę w końcu trafić do tego schroniska. Dobrze byłoby załapać się na jakieś wolne miejsca.
- Chyba mi nie powiesz, że wolisz spać w schronisku, niż u mnie?
- Nie o to chodzi, Ed... Chcę po prostu znaleźć pracę i kupić mieszkanie. Nagrywanie piosenek nie jest dla mnie. Uwierz mi, znajdziecie kogoś o sto razy lepszego. Możesz mnie odwieźć, żebym mogła zabrać swoje rzeczy?
- Aaa...Taak, jasne.
Wsiedliśmy do samochodu, a reszta drogi minęła w ciszy, nieprzerwanej żadnym dźwiękiem.

Ed otworzył drzwi i weszliśmy do mieszkania. Wzięłam do ręki torbę, gitarę i stanęłam w wejściu. Popatrzyłam w niebieskie oczy mężczyzny i dostrzegłam w nich smutek.

- Ale odwiedzisz mnie jeszcze, prawda? - spytał cicho.
- Chciałabym, ale... - zaczęłam, jednak poczułam, że łzy cisną mi się do oczu - Trzymaj się - rzuciłam szybko i zbiegłam po schodach.

Padał deszcz, a ja szłam przez rynek, w kierunku schroniska. Było bardzo zimno, nawet jak na październik. W końcu dotarłam pod stary, zniszczony budynek. Weszłam do środka, a od razu poczułam fetor alkoholu. Pracująca tam kobieta poinformowała mnie, że nie ma już miejsc. W mieście nie było już innego azylu, gdzie mogłabym za darmo przenocować. W pewnym sensie był, ale...powrót w tym czasie nie byłby dobrym pomysłem. W oczach Eda  i tak od początku jestem tylko bezdomną sierotą. Schowałam ręce do kieszeni płaszcza i wyczułam w nich kawałek papieru. To było 100 funtów. Nie trzeba się domyślać, skąd się tam wzięło. Postanowiłam je oddać i ruszyłam w stronę apartamentowców.
Deszcz nie oszczędzał mnie, więc kiedy dotarłam pod bloki, byłam cała mokra. Stanęłam przed drzwiami z numerem 45, odetchnęłam głęboko i zapukałam lekko. Drzwi otworzyły się niemal błyskawicznie, a w nich ukazał się nikt inny, jak Ed.

- Ekhem...chciałam ci to zwrócić - powiedziałam, po czym wyciągnęłam w jego stronę banknot.
Mężczyzna patrzył się na mnie cały czas, najwyraźniej nie dowierzając.
- Ed?
- Mary...? Coś się stało?
- Nie, nic. Chciałam ci tylko zwrócić pieniądze.

- Aaaa... Zameldowałaś się w schronisku?
- Właśnie, jest taki problem, że nie ma miejsc... - dodałam ze skrępowaniem.
- W takim razie nie masz wyboru - uśmiechnął się przekornie - jesteś skazana na mnie.
- Chciałam ci podziękować, za to wszystko, co dla mnie robisz...
- Nie masz za co. A teraz bierz gitarę i siadaj na kanapie.
- Nie, ty chyba nie... Ed, to nie wypali.
On mnie już nie słuchał. Siedział na sofie i stroił swój sprzęt. Chcąc nie chcąc przyłączyłam się do niego. Chwilę później razem próbowaliśmy stworzyć jakąś melodię, co niekoniecznie nam wychodziło. Trwało to około godziny, ale potem stwierdziłam, że się przeziębiłam. Było mi zimno, a dreszcze przeszywały całe moje ciało.

Starałam się nie zasypiać, co było w tej chwili jedną z najtrudniejszych rzeczy do wykonania.  Osunęłam się z oparcia kanapy, jednak nadal czuwałam. Ed przestał grać, po czym wstał, pochylił się nade mną i złożył delikatny pocałunek na moim policzku. Przez chwilę słyszałam jego kroki oddalające się w stronę sypialni, a potem zasnęłam.

_________________________________________________________________________
Cześć :) W tym tygodniu możecie się spodziewać jeszcze jednego rozdziału, ze względu na maaasę wolnego czasu. Mam nadzieję, że ten jest jednym z ciekawszych, bo w końcu stało się to, na co czekaliście :)

~Sheers





piątek, 3 października 2014

Rozdział VI



                 Obudziłam się, a do moich uszu dobiegły dźwięki dochodzące z kuchni. Ruszyłam w jej stronę i zobaczyłam Eda.
- Cześć - zagadnął - jak się czujesz?
- Dobrze, dziękuję. Kiedy idziemy do twojego managera mnie skompromitować?
- Nie mów tak.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Co zjesz? - spytał Ed.
- Dziękuję, nie jestem głodna. 

- Więc w takim razie... Idziemy za godzinę. No, ale chyba nie pójdziesz w tym? - pokazał na stare, podziurawione jeansy leżące na mojej torbie.
- Ale jesteś świadom tego, że nie mam żadnych ubrań oprócz tych, prawda? 
- Nie musisz mieć. Czy wystarczy ci 100 funtów, aby kupić coś... Eeeee, coś lepszego niż to?
Wywróciłam oczami, myśląc, że to żart. Spojrzałam na niego ponownie. Patrzył na mnie wyczekującym wzrokiem.
- Ale ty wcale nie żartujesz.
- Dlaczego miałbym żartować?
- Ed, dopiero kilka dni temu się poznaliśmy.Nie uważasz, że kupowanie obcej dziewczynie ubrań jest conajmniej dziwne?
- Skoro tak bardzo zależy ci na tym, żęby mnie poznać, to siadaj na kanapę i opowiedz mi o sobie - powiedział, po czym zawadiacko się uśmiechnął.
Nie byłam pewna, czy on mówi to wszystko na serio, czy żartuje ze mnie.
- To tak...Mam 21 lat, przyjechałam do Londynu 3 lata temu i przez cały ten czas robiłam to samo - grałam. Trochę śpiewam i... to chyba tyle. Raczej nie jestem interesującą osobą.
- 23 lata, gram na gitarze, śpiewam, kupuję obcym dziewczynom ubrania...
- W takim razie, było mi bardzo miło pana poznać - uśmiechnęłam się, po czym dodałam - I naprawdę, mogę być ubrana nawet w najlepsze ciuchy, ale to nie zmieni tego, że nie jestem najlepsza w graniu na gitarze. Nadal nie mogę pojąć tego, jak mogłeś powiedzieć o mnie managerowi...

- Masz strasznie niską samoocenę.
- Nie, po prostu...Ech, dobra, pójdę się przebrać...
Szczerze, to wstydziłam się chodzić w tych "ubraniach". Może znajdę jakąś pracę i zarobię? Mogłam wziąć pieniądze od Eda, ale wolałam na nie uczciwie zapracować.
Wyszliśmy z mieszkania i udaliśmy się do samochodu.
- Wzięłaś gitarę? - spytał.
- Tak, leży z tyłu.
Ed podjechał pod bramę ogromnego wieżowca i zaparkował auto. Zabrałam mój instrument i podążałam za mężczyzną. Ed zapukał do drzwi jednego z mieszkań, a po chwili otworzył nam wysoki brunet.
- Cześć, Ed. To ona...?
- Tak. Mary, to jest Alex, mój manager.
- Miło mi poznać - nieśmiało szepnęłam.
- Mi także. Wejdźcie.
Przeszliśmy przez próg, wchodząc do obszernego pomieszczenia.
- Siadajcie - wskazał na skórzaną kanapę.
Sam przysiadł na brązowym fotelu.
- Sądzę, że ma wielki potencjał - zagadnął Alexa Ed - Mary, może coś zagrasz?
- Pewnie, tylko co? - powiedziałam lekko.
- Wybierz coś, pozostawiam to tobie.
W końcu wybrałam 'Nothing else matters',  Metalliki. Jedna z moich ulubionych piosenek, do której miałam sentyment. Skończyłam grać i rozejrzałam się.
- I co sądzisz Alex? - spytał Ed.
- Sądzę, że powinniście razem coś nagrać.
- Przepraszam, ale to zły pomysł. Jestem tylko amatorką, nie gram zbyt dobrze, ze śpiewem też nie jest najlepiej. Przecież wiadomo, że Ed jest o 100 razy lepszy... - spuściłam głowę i czekałam na odpowiedź.
- Nie żartuj, jak tylko przyjdziecie do mieszkania, zabierajcie się do roboty - powiedział Alex.
_________________________________________________________________________

Cześć :} Jest czas, jest wena, jest rozdział. Chciałam właśnie ten zadedykować osobom z czatu LB, które są dla mnie ogromną motywacją i wsparciem. Dziękuję Wam.
Trzymajcie się
~Sheers


piątek, 26 września 2014

Rozdział V

    

           Kilka dni w szpitalu i lekarze zdecydowali, żę mogę wracać do domu. Ta, jeśli w  ogóle miałam gdzie wracać. Zostały mi dosłownie dwa dni na spakowanie się i opuszczenie mojego mieszkanka. Miałam dużo czasu na przemyślenie, co potem zrobię. Pewnie przeniosę się do schroniska, potem jakoś pociągnę. Może. Wypisali mnie ze szpitala, a następnie udałam się w stronę blokowisk. Droga zajęła mi około godziny. Weszłam do mieszkania i rzuciłam się na materac. Odetchnęłam ciężko, pełna przeżyć. Po chwili odpoczynku postanowiłam powoli się pakować. Znalazłam gdzieś starą, podziurawioną torbę i włożyłam do niej rzeczy, które w najbliższym czasie mi się nie przydadzą. Takim sposobem trafiła tam zimowa, przetarta czapka, kilka kostek do gitary, no i jakieś dokumenty, dawno już zresztą niepotrzebne. Pozostało mi jedynie zabrać czajniczek, filiżankę i materac, ale to jutro, kiedy będę wychodzić. Już nawet nie wierzyłam w to, że uda mi się opłacić mieszkanie. W Londynie bez doświadczenia nikt nie chciał przyjąć do pracy kogoś takiego jak ja. Tak więc byłam sobie ja - grająca na gitarze, bezrobotna dziewczyna.

Obudziłam się około godziny 8, po czym zorientowałam się, że w każdej chwili może przyjść właściciel. Ogarnęłam mniej więcej mieszkanie i zabrałam pozostałe rzeczy ze stolika. Torbę postawiłam przy drzwiach i usiadłam na taborecie. Chciałam, żeby Ed tu był. Prawie go nie znałam, ale był jedyną osobą, którą w ogóle tu kojarzyłam. Rozmowa z nim podnosiła mnie na duchu, ale szanse, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczę były małe. Podejrzewam, że jako piosenkarz miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Usłyszałam pukanie i otworzyłam. W drzwiach stał wysoki brunet ubrany w garnitur. Pod pachą trzymał jakieś dokumenty.
- Dzień dobry, przyszedłem po klucze do mojego mieszkania.

- Proszę - podałam mu kluczyki, zabrałam torbę i zbiegłam na dół ze łzami w oczach.
Szłam szybkim krokiem, nie widząc prawie nic; z kapiącymi z oczu kropelkami, nie patrząc przed siebie maszerowałam gdzie nogi zaniosą. Nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam, nie chciałam, ja...

- Mary?
Przede mną stał Ed. Patrzył na mnie, zaskoczony najwyraźniej moim widokiem.
- Co tu robisz? Właśnie szedłem zobaczyć co u ciebie...Właśnie! Jak się czujesz? Wszystko okay? - mówił to tak szybko, z takim przejęciem w głosie, że zdawało się, że mu na mnie zależy.
Patrzyłam się w jego niebieskie oczy, czując jak powieki pięką mnie od łez.
- Nie jest okay... - wyszeptałam cicho - Nie jest...
Kilka łez spadło na mój płaszcz.
- Chodź ze mną.
Objął mnie ramieniem i powoli prowadził w stronę parkingu. Szliśmy przez rynek. Ludzie patrzyli na nas, ale w sumie to wisiało mi to. Od jakiegoś czasu nie przejmowałam się ludźmi i ich opinią na mój temat.
Ed podprowadził mnie do jakiegoś samochodu, otworzył drzwi, a ja usiadłam na miękkim fotelu. Gitarę i mój "bagaż" położyłam na tylnych siedzeniach.
Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. 

Jechaliśmy przez ciasne uliczki, a potem Ed zatrzymał się przy potężnym wieżowcu. Zabrałam swoje rzeczy z tyłu i starałam się nie płakać, co było bardzo trudne.
Szłam za nim jakieś pięć pięter, aż w końcu stanęliśmy pod drzwiami z numerem 45. Mieszkanie było duże i przestronne. Jak przystało na dom muzyka, wszędzie walały się jakieś płyty, papiery z zapisanymi nutami. Mężczyzna zdjął kurtkę, po czym spojrzał na mnie.
- Zdejmuj płaszcz i siadaj! Czuj się jak u siebie - dodał z uśmiechem, po czym udał się do kuchni.
Położyłam swoje rzeczy przy drzwiach i usiadłam kątem na beżowym fotelu.
- Napijesz się herbaty? - zawołał z kuchni Ed
- Nie, nie trzeba, naprawdę - zawołałam - naprawdę nie musisz!
Wrócił pięć minut później z filiżanką parującego napoju, po czym podał mi ją.
- Więc... Co się stało?
- Musiałam się wyprowadzić. Właśnie, zaraz muszę iść. Muszę się dziś zameldować w schronisku.
- Nie ma mowy. Na razie zostajesz u mnie, potem coś ci znajdziemy.
- Ale... Ed, nie mogę sprawiać ci takiego kłopotu. Przecież dam sobie radę, tam nie jest źle...
- Zostajesz tu. Jutro przedstawię cię managerowi.
- Dziękuję Ed...

______________________________________________________________________

Hej :) Dzisiaj trochę dłużej niż zazwyczaj - efekt kilku nieprzespanych nocy. Chciałam ten rozdział zadedykować mojej kochanej Eli, która jest i zawsze będzie najwspanialszą osobą na świecie.
~Sheers








piątek, 12 września 2014

Rodział IV

Co on sobie myślał?! Że będzie mnie ciągał po całym Londynie? Że rzekomo "Da mi szansę"? - myślałam, nadal wściekła maszerując przed siebie. Wtedy już nawet nie pamiętałam o zawiadomieniu od właściciela mieszkania. Teraz liczyło się co innego.
-Ten to ma tupet... - mruknęłam sama do siebie. 

Jak mu było? To było coś na E... Ed? Chyba. 
Gdy tak rozmyślałam, nawet nie zauważyłam, że jestem na rynku. Czyżby rutyna? Wzięłam też gitarę, chociaż było już grubo po 20. Ot, zwykłe przyzwyczajenie. Praktycznie wychodziłam tylko raz w ciągu dnia - żeby iść grać...
 Zaburczało mi w brzuchu. Nie dziwota, skoro nie jadłam od dwóch dni; ani śniadania, ani obiadu, ani kolacji. Rozejrzałam się. Wokół świeciły się lampy oświetlając czarne, drewniane ławeczki. W nocy było tu pięknie. W ciągu dnia, kiedy stały tu stragany, przechodzili ludzie, raczej nie można było dostrzec uroku tego miejsca. Dawniej były tu kwietniki, ale jacyś debile je ukradli. Nigdy nie myślałam o takich rzeczach siedząc tu i grając na gitarze. Zwracałam uwagę tylko na to, co gram i jak gram. Czy naprawdę musiałam uciekać od jakiegoś faceta, żeby to zobaczyć? To wszystko jest dziwne, ale pora wracać. Tym bardziej, że po 21 gaszą latarnie.

Szłam wolnym krokiem przez Nothingam Street. Widziałam już mój blok, zapalone światła w oknach mieszkań i wejście do klatki schodowej. Chodzenie po starym, połamanym chodniku sprawiało trudności; szczególnie w nocy, kiedy nic nie widać. Czarny, ceglany budynek zdawał się być zamkiem; wysokim, potężnym i solidnym. Ha, nigdy nie dostrzegałam tego, kiedy świeciło słońce. Kiedy poddawałam się swoim rozmyślaniom, kątem oka dostrzegłam gdzieś mały ruch. Zignorowałam go. Tłumaczyłam go sobie zwykłym liściem, czy ruszającą się na wietrze gałązką, czymkolwiek. Wyciągałam klucze do mieszkania, kiedy ktoś nagle szarpnął mnie za ramię. Padłam na ziemię nie mogąc się podnieść. Ręka bardzo mnie bolała, upadłam na nią. Z szoku nie mogłam powiedzieć ani słowa. Przede mną stał rosły mężczyzna.


- Sprawiłaś nam zbyt dużo kłopotów. Zaraz potem przyjechały psy i nas ściągnęły. Pożałujesz tego, szmato!

Wymierzał już cios, kiedy nagle odzyskałam głos. Wykorzystałam to i wrzasnęłam z całej siły. Nie przeszkodziło mu to. Uderzył mnie w chorą rękę. Cholernie bolało. Zdzielił mnie znowu, tym razem w brzuch. Skuliłam się z bólu, zdążyłam tylko cicho wyszeptać:
- Proszę, przestań...
Uśmiechnął się krzywo, jakby to, co robił sprawiało mu przyjemność.
Zamknęłam oczy czekając na kolejne uderzenie. Nic jednak nie nastąpiło. Mężczyzna stał przede mną i powoli się wycofywał. Nie mogłam dostrzec, co go do tego skłoniło, ponieważ nie miałam nawet możliwości, aby podnieść głowę. Usłyszałam tylko jak uciekał, a po chwili ktoś do mnie podbiegł. Podniósł mnie i posadził na jakiejś ławce. Widziałam tylko rozmazane obrazy

- Halo? Proszę o karetkę na Nothingam Street.  Dziękuję.
To był głos Eda! Skąd on się tu wziął?

Niedługo potem przyjechała karetka i zabrała mnie do szpitala. Według lekarzy miałam złamaną rękę i mocno obity brzuch. Po otrzymaniu tej wiadomości, oddałam się odpoczynkowi. Nie trwał on jednak długo, ponieważ zaraz po tym pielęgniarka oznajmiła mi, że ktoś chce mnie odwiedzić. Zdziwiłam się, bo nie znałam nikogo, kto wiedziałby o mojej wizycie w szpitalu poza lekarzami. Chwilę później drzwi lekko się uchyliły i wszedł przez nie Ed. 
- Cześć...
- Cześć, usiądziesz?
Skinął głową, po czym usiadł na małym stołku obok mojego łóżka.
- To... Skąd się wziąłeś, tam, wtedy...
- Czekałem na ciebie aż wrócisz. Nie potrafiłbym pójść sobie, wiedząc, że jesteś sama na mieście, do tego w nocy... Usłyszałem twój krzyk i przybiegłem.
- Dziękuję ci, uratowałeś mi życie.
- Każdy by to zrobił, nie ma sprawy.

- Przepraszam, że tak na ciebie wtedy naskoczyłam, ale praktycznie to już nie mam gdzie mieszkać. Straciłam mieszkanie.
- Och... Mogę ci jakoś pomóc? 

- Nie trzeba, jakoś sobie poradzę... Są przecież przytułki.
- Dobrze, gdybyś potrzebowała pomocy, to możesz na mnie liczyć. Muszę lecieć, zdrowiej.
Wyszedł, zostawiając mnie samą.

____________________________________________________________

Cześć c: Daaaaawno nie było rozdziału. Niestety, dużo nauki, brak weny. Codziennie jednak miałam wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. Trzymajcie się
~Sheers









środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział III

Słońce zachodziło za horyzont. Jego kolor wahał się pomiędzy pomarańczowym, a czerwonym. Było zimno, nawet jak na październik. Wracałam do domu, nadal zaskoczona i zdziwiona spotkaniem tajemniczego mężczyzny. Raczej nie był zwykłym obywatelem Londynu. Wskazywał na to jego ubiór. Przeciętny mieszkaniec tego miasta raczej nie mógłby sobie pozwolić na markowe buty. Żałowałam trochę, że podałam mu adres. Co z nim zrobi? Chyba wolę nie wiedzieć...

Było jakoś około 18, kiedy dotarłam pod mój dom. Wyciągnęłam klucze z kieszeni płaszcza i włożyłam do zamka. Weszłam do klatki schodowej i skierowałam moje kroki w kierunku skrzynek na listy. Wejrzałam przez małe wcięcie do wrzucania korespondencji. Coś tam było. Wybrałam mały, czarny kluczyk spośród kilku innych i go przekręciłam. Wyjęłam małą kopertkę, lecz postanowiłam otworzyć ją dopiero w mieszkaniu. Weszłam po schodach, po czym znalazłam moje drzwi pośród kilku innych i weszłam. Położyłam gitarę na materacu, zdjęłam płaszcz i usiadłam na taborecie. Wzięłam kopertkę w obie ręce i rozdarłam papier paznokciem. Wyciągnęłam małą karteczkę.


"Szanowna P. Sadowski, ze względu na brak opłat za mieszkanie, za bierzący i zaległy miesiąc, jest Pani zmuszona się wyprowadzić w ciągu 2 tygodni (słownie: dwóch) i dokonać wpłaty zaległych rachunków na moje konto w ciągu 6 miesięcy (słownie: sześciu).
Właściciel."

Upuściłam list, schowałam głowę w ramiona i wybuchnęłam spazmatycznym płaczem. Czy to się kiedyś skończy?!
-Boże, co ja robię, że tak mnie karzesz?! Lubisz się nade mną pastwić? - wrzeszczałam na ile tylko mogłam. Nic mnie wtedy nie obchodziło.

Usłyszałam nieśmiałe pukanie. Akurat w takim momencie? Niech przyjdzie później, nie czuję się na siłach, żeby z kimkolwiek teraz rozmawiać...
Pukanie powtórzyło się, tym razem było głośniejsze i donośniejsze. Cholera, ludzie! Musicie teraz zawracać mi głowę?
Postanowiłam otworzyć; dla świętego spokoju. Podeszłam do drzwi i gwałtownie je otworzyłam. Moim oczom ukazał się rudy mężczyzna; ten sam, który zaczepił mnie na rynku.

-Dzień dobry... - powiedział ze skrępowaniem.
Chyba się mnie trochę przestraszył. Nie wyglądałam najlepiej; wielka śliwa pod okiem, czerwona od płaczu twarz, rude, tłuste i posklejane włosy, a do tego wściekłe spojrzenie mogły wyglądać przerażająco. Starałam się odpowiadać miło, ale trudno mi było to utrzymać; szczerze mówiąc, byłam na niego wściekła.
- Czego potrzebujesz?
- Wiesz, rozmawiałem z moim managerem i...
- Jakim managerem?
-Ach, no tak... Nazywam się Ed, jestem piosenkarzem. Kiedy usłyszałem jak grasz, to pomyślałem, że powiem o Tobie mojemu managerowi... Chciałby Cię usłyszeć. 
Kiedy to powiedział, rozejrzał się oczami po moim mieszkaniu. Nie sądzę, żeby 15m2, którego jedynym wystrojem był materac, stolik, mała szafka i taboret przypadł mu do gustu. Tynk odchodził od ścian, a popękane panele błagały wręcz o wymianę.
- Wybacz mi, nie mam ani czasu, ani głowy, żeby bawić się w łażenie po Londynie. 
- Proszę, zajmie to chwilę. Mam też transport.
- Posłuchaj. Nie mam pieniędzy, okradziono mnie, dostałam nakaz eksmisji i praktycznie jestem bez domu. Wystarczy, żeby zrozumieć?!
-Tak, ale...

Szybko wzięłam gitarę, zamknęłam drzwi i wybiegłam zostawiając Eda daleko za mną...
________________________________________________________________________
Siemanero C: Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, za tą kilkudniową przerwę. Problemy rodzinne itp. Ten rodział dedykuję Olci, mojemu mistrzowi, który pięknie robi zdjęcia zdjęciom.
Pozdrowionka
~Sheers






piątek, 15 sierpnia 2014

Rozdział II

        Wybiła godzina siedemnasta. Handlarze powoli zamykali swoje małe stoiska, ciesząc się, że zaraz spotkają swoją rodzinę, zjedzą ciepły obiad i odpoczną po całym dniu pracy. Lecz ja dalej grałam. Do tej pory zebrałam około pięciu funtów. Nie jest źle, jeśli dobrze pójdzie, to będę mogła jutro coś przekąsić. Przechodnie mijali mnie, spiesząc się do domów. Wielu patrzyło na mnie z obrzydzeniem. Fakt. Miałam na sobie dżinsy z ogromną ilością łatek, dziurawy płaszcz i starą koszulkę. Przydałoby się coś nowego, ale nie mam nawet na co liczyć. Ubrania mogę dopisać do listy życzeń.

Zaczęło się ściemniać. Szybko się zebrałam i powiedziałam "Do widzenia" P.Dorothy, która nadal dzielnie stała za swoim stolikiem z kwiatami. Ta starsza pani wiedziała jak oczarować ludzi. Większość podchodziła do jej straganu tylko po to, aby przyjrzeć się pięknym roślinom, a po chwili odchodzili z dwoma bukietami żółtych, pachnących gerberów.
Oddalając się już od rynku, wchodziłam na grząski teren. Była to okolica niezbyt przyjazna. Łatwo można tam dostać guza. Niestety nie było innej drogi. Z duszą na ramieniu przechodziłam obok ciemnych uliczek. Nie trafiłam na dobry moment. Zza zakrętu wyszła banda mężczyzn. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi; szłam bokiem nie patrząc się na nich, nie zwracając uwagi. Na próżno. 

-Ej, laluniu, co tu robisz? Jest już ciemno, ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę...
-Nie mam czasu... - Chciałam ich spławić, ale nie dawali za wygraną...
-Podejdź no tu.
-Nie mogę, spieszę się! - dodałam już trochę panicznie; cholernie się bałam, nie wiedziałam, co mi zrobią.
Jeden z nich podszedł do mnie i złapał za ręce, wyrywałam się, ale to nic nie dało. Ich było kilku, a ja jedna.
-Puśćcie mnie! Pomocy! Pomocy!
Jakiś szatyn uderzył mnie w twarz i to była ostatnia rzecz, jaką widziałam, potem przed oczami widziałam już tylko pustkę i całkowitą ciemność...

************************************************************************************************************
Obudziłam się cała obolała. W końcu całą noc leżałam na chodniku. Powoli usiadłam, czując ból pod okiem. Gitara leżała obok mnie. Całe szczęście. Siedząc chciałam przywołać obraz z wczoraj. Co tak naprawdę się tu stało? Szłam ciemnymi ulicami, podeszli do mnie jacyś mężczyźni, chciałam się wyrwać, potem jeden z nich mnie uderzył...Chwila! Szybko sprawdziłam kieszenie w płaszczu, gdzie schowałam moje ciężko zarobione pieniądze. Nie było ich tam! Okradli mnie! Z czego teraz zapłacę? Skuliłam się i zaczęłam płakać. Czemu to życie jest takie trudne?! Czy tak będzie zawsze?! Musiałam wziąć się w garść. Praktycznie powinnam być już na rynku, a nawet nie zdążyłam dojść do domu. Wstałam. Moje obolałe kości domagały się odpoczynku na miękkim łóżku. Nie ma na to czasu. 


W końcu dotarłam do domu. Postanowiłam, że napiję się herbaty i pójdę dalej pracować. Zapaliłam podgrzewacz i postawiłam na nim czajnik. Poszłam do łazienki umyć twarz. W lustrze ujrzałam moją twarz, lecz trochę inną. Prawie na całym oku miałam bordowego, ogromnego sińca. Stąd pojawił się ból. Nic to. Opłukałam zimną wodą zgrzaną twarz. Działała kojąco. Zalałam listki herbaty wrzącą wodą. Jak zwykle usiadłam na moim zasłużonym taborecie i wzięłam parę łyków gorącego napoju. Chciałam sięgnąć po kromkę chleba, ale widocznie się skończył, bo został po nim pusty worek. Herbaty również wystarczy tylko do jutra, margaryna jest na wykończeniu. 
-Mam nadzieję, że dziś coś wpadnie do kieszeni. - głośno myślałam.
Już czas na wyjście. Złapałam gitarę i wybiegłam z mieszkania.

Gdy dotarłam na rynek wybiła 12:15. Usiadłam koło bankomatu, rutynowo wyjęłam gitarę z futerału i nastroiłam ją. Zastanawiałam się, co by zagrać. W końcu zdecydowałam się na "Yellow Submarine" Beatels'ów. Uwielbiałam ją. Kiedy byłam już w jej połowie podszedł do mnie jakiś człowiek. Usiadł naprzeciwko mnie nic nie mówiąc. Chciałam przerwać, aby spytać się co mu zagrać, ale tylko cicho powiedział:
-Graj.
W końcu piosenka się skończyła, lecz ona nadal siedział i nic nie mówił.
-Czy w czymś Panu pomóc? - Spytałam.
-Gdzie się nauczyłaś tak grać?
-Jestem samoukiem...

-Jak się nazywasz?
-Mary.

-Mary...Czy mogłabyś podać mi swój numer telefonu?
-Niestety, nie mam telefonu.
-Może chociaż adres?
-Dobrze... Ale chwila, po co Panu mój adres?
-Powiedzmy, że to dla Ciebie szansa.
-W takim razie dobrze.
Napisałam mu mój adres na karteczce, którą mi podał. Podziękował i odszedł. 
Był dobrze zbudowanym mężczyzną o jasnej cerze. Miał ognisto rude włosy, które niesfornie sterczały z jego głowy. Wyglądał na około 20 lat. Miał na sobie niebieską bluzę z kapturem, czarne nike i luźne spodnie typu jeans. Kim on mógł być?
________________________________________________________________________

Cześć c: Dzisiaj troszkę dłużej. Będę starać się dodawać rozdziały codziennie, kiedy tylko będę mogła. Pozdrowionka
~Sheers





czwartek, 14 sierpnia 2014

Rodział I

        "Nawet jeśli wszyscy mówią, że do niczego się nie nadajesz, pokaż im, jak bardzo się mylą"


          Od początku w życiu miałam przerąbane. Ojciec alkoholik i matka prostytutka nie byli wymarzonymi rodzicami. W szkole byłam wyśmiewana ze względu na mój kolor włosów. Zaczepki typu: "Ty, patrz, rudy!", "Ruda, masz przyjaciół? Pewnie nie!" były na porządku codziennym. W klasie nikt nie chciał ze mną rozmawiać; nawet nauczyciele patrzyli na mnie, jakbym była inna. 

         Obudziłam się gdzieś około 7 nad ranem. W sam raz. Szybko zaparzyłam herbatę w starym, pieknie zdobionym czajniczku; przywiezionym jeszcze z Polski. Posmarowałam czerstwy chleb margaryną i usiadłam na taborecie. Zastanawiałam się, czy z tego co dziś zarobię na graniu na ulicy wystarczy, aby kupić coś do jedzenia na jutro. Bardzo bym chciała. Zazwyczaj nawet nie mogłam pomarzyć o obiedzie; musiałam większość przeznaczać na opłaty mieszkania. Coraz częściej rozmyślałam, czy przyjazd do Anglii, do Londynu był aby dobrym pomysłem? Pewnie tak. Tym bardziej, że tu wszystko było tańsze; można jakoś wyżyć, z tych kilku marnych funtów...

Wzięłam gitarę i wyszłam, przekręcając mały kluczyk w drzwiach. Blok, w którym mieszkałam wydawał się być ogromny. Stara, kamienna architektura dodawała mu mroku. Widok czarnych cegieł, piętrzących się na wysokość około 25 metrów działał przytłaczająco. Tak bardzo chciałam się stąd wynieść, skończyć z tym i zacząć inne życie... Bardzo. 


Szłam jak zawsze, zapuszczoną Bakers Street. Mijałam szare stragany okolicznej biedoty. W większości byli to ludzie starsi i schorowani. Gdy tylko obok nich przechodziłam robiło mi się ich strasznie żal; mieli jeszcze mniej ode mnie, samotni, pozostawieni na pastwę losu przez dzieci; zapomnieni... Zazwyczaj dawałam im dobre słowo. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyli, gdy mówiłam im zwykłe "Dzień dobry".

Dotarłam na miejsce. Był to mały ryneczek, gdzie szczęścia szukali okoliczni sprzedawcy owoców i warzyw. Lubiłam to miejsce, zawsze roztaczało wokół siebie dobrą aurę. Usiadłam na "swoim" miejscu, czyli przy ścianie, obok bankomatu. Wyciągnełam gitarę z futerału, który położyłam przed sobą. Nastroiłam mój sprzęt i zaczęłam grać "Whisky" Dżemu. Zazwyczaj ludzie omijali mnie, może czasem ktoś wrzucił funta, albo pół. Zawsze dziękowałam, na prośbę grałam to, co sobie jaśnie pan zażyczył. Zazwyczaj tak spędzałam całe dnie, a to dopiero była godzina ósma...
______________________________________________________________

Cześć C: Jestem Sheeraneiro, to mój pierwszy blog i pierwszy rozdział. Piszcie komentarze, oceniajcie! Zależy mi na opinii. Rozdziały będę dodawać co kilka dni, zależnie od czasu. Pozdrowionka.
~Sheers