Wybiła godzina siedemnasta. Handlarze powoli zamykali swoje małe stoiska, ciesząc się, że zaraz spotkają swoją rodzinę, zjedzą ciepły obiad i odpoczną po całym dniu pracy. Lecz ja dalej grałam. Do tej pory zebrałam około pięciu funtów. Nie jest źle, jeśli dobrze pójdzie, to będę mogła jutro coś przekąsić. Przechodnie mijali mnie, spiesząc się do domów. Wielu patrzyło na mnie z obrzydzeniem. Fakt. Miałam na sobie dżinsy z ogromną ilością łatek, dziurawy płaszcz i starą koszulkę. Przydałoby się coś nowego, ale nie mam nawet na co liczyć. Ubrania mogę dopisać do listy życzeń.
Zaczęło się ściemniać. Szybko się zebrałam i powiedziałam "Do widzenia" P.Dorothy, która nadal dzielnie stała za swoim stolikiem z kwiatami. Ta starsza pani wiedziała jak oczarować ludzi. Większość podchodziła do jej straganu tylko po to, aby przyjrzeć się pięknym roślinom, a po chwili odchodzili z dwoma bukietami żółtych, pachnących gerberów.
Oddalając się już od rynku, wchodziłam na grząski teren. Była to okolica niezbyt przyjazna. Łatwo można tam dostać guza. Niestety nie było innej drogi. Z duszą na ramieniu przechodziłam obok ciemnych uliczek. Nie trafiłam na dobry moment. Zza zakrętu wyszła banda mężczyzn. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi; szłam bokiem nie patrząc się na nich, nie zwracając uwagi. Na próżno.
-Ej, laluniu, co tu robisz? Jest już ciemno, ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę...
-Nie mam czasu... - Chciałam ich spławić, ale nie dawali za wygraną...
-Podejdź no tu.
-Nie mogę, spieszę się! - dodałam już trochę panicznie; cholernie się bałam, nie wiedziałam, co mi zrobią.
Jeden z nich podszedł do mnie i złapał za ręce, wyrywałam się, ale to nic nie dało. Ich było kilku, a ja jedna.
-Puśćcie mnie! Pomocy! Pomocy!
Jakiś szatyn uderzył mnie w twarz i to była ostatnia rzecz, jaką widziałam, potem przed oczami widziałam już tylko pustkę i całkowitą ciemność...
************************************************************************************************************
Obudziłam się cała obolała. W końcu całą noc leżałam na chodniku. Powoli usiadłam, czując ból pod okiem. Gitara leżała obok mnie. Całe szczęście. Siedząc chciałam przywołać obraz z wczoraj. Co tak naprawdę się tu stało? Szłam ciemnymi ulicami, podeszli do mnie jacyś mężczyźni, chciałam się wyrwać, potem jeden z nich mnie uderzył...Chwila! Szybko sprawdziłam kieszenie w płaszczu, gdzie schowałam moje ciężko zarobione pieniądze. Nie było ich tam! Okradli mnie! Z czego teraz zapłacę? Skuliłam się i zaczęłam płakać. Czemu to życie jest takie trudne?! Czy tak będzie zawsze?! Musiałam wziąć się w garść. Praktycznie powinnam być już na rynku, a nawet nie zdążyłam dojść do domu. Wstałam. Moje obolałe kości domagały się odpoczynku na miękkim łóżku. Nie ma na to czasu.
W końcu dotarłam do domu. Postanowiłam, że napiję się herbaty i pójdę dalej pracować. Zapaliłam podgrzewacz i postawiłam na nim czajnik. Poszłam do łazienki umyć twarz. W lustrze ujrzałam moją twarz, lecz trochę inną. Prawie na całym oku miałam bordowego, ogromnego sińca. Stąd pojawił się ból. Nic to. Opłukałam zimną wodą zgrzaną twarz. Działała kojąco. Zalałam listki herbaty wrzącą wodą. Jak zwykle usiadłam na moim zasłużonym taborecie i wzięłam parę łyków gorącego napoju. Chciałam sięgnąć po kromkę chleba, ale widocznie się skończył, bo został po nim pusty worek. Herbaty również wystarczy tylko do jutra, margaryna jest na wykończeniu.
-Mam nadzieję, że dziś coś wpadnie do kieszeni. - głośno myślałam.
Już czas na wyjście. Złapałam gitarę i wybiegłam z mieszkania.
Gdy dotarłam na rynek wybiła 12:15. Usiadłam koło bankomatu, rutynowo wyjęłam gitarę z futerału i nastroiłam ją. Zastanawiałam się, co by zagrać. W końcu zdecydowałam się na "Yellow Submarine" Beatels'ów. Uwielbiałam ją. Kiedy byłam już w jej połowie podszedł do mnie jakiś człowiek. Usiadł naprzeciwko mnie nic nie mówiąc. Chciałam przerwać, aby spytać się co mu zagrać, ale tylko cicho powiedział:
-Graj.
W końcu piosenka się skończyła, lecz ona nadal siedział i nic nie mówił.
-Czy w czymś Panu pomóc? - Spytałam.
-Gdzie się nauczyłaś tak grać?
-Jestem samoukiem...
-Jak się nazywasz?
-Mary.
-Mary...Czy mogłabyś podać mi swój numer telefonu?
-Niestety, nie mam telefonu.
-Może chociaż adres?
-Dobrze... Ale chwila, po co Panu mój adres?
-Powiedzmy, że to dla Ciebie szansa.
-W takim razie dobrze.
Napisałam mu mój adres na karteczce, którą mi podał. Podziękował i odszedł.
Był dobrze zbudowanym mężczyzną o jasnej cerze. Miał ognisto rude włosy, które niesfornie sterczały z jego głowy. Wyglądał na około 20 lat. Miał na sobie niebieską bluzę z kapturem, czarne nike i luźne spodnie typu jeans. Kim on mógł być?
________________________________________________________________________
Cześć c: Dzisiaj troszkę dłużej. Będę starać się dodawać rozdziały codziennie, kiedy tylko będę mogła. Pozdrowionka
~Sheers
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz