Słońce zachodziło za horyzont. Jego kolor wahał się pomiędzy pomarańczowym, a czerwonym. Było zimno, nawet jak na październik. Wracałam do domu, nadal zaskoczona i zdziwiona spotkaniem tajemniczego mężczyzny. Raczej nie był zwykłym obywatelem Londynu. Wskazywał na to jego ubiór. Przeciętny mieszkaniec tego miasta raczej nie mógłby sobie pozwolić na markowe buty. Żałowałam trochę, że podałam mu adres. Co z nim zrobi? Chyba wolę nie wiedzieć...
Było jakoś około 18, kiedy dotarłam pod mój dom. Wyciągnęłam klucze z kieszeni płaszcza i włożyłam do zamka. Weszłam do klatki schodowej i skierowałam moje kroki w kierunku skrzynek na listy. Wejrzałam przez małe wcięcie do wrzucania korespondencji. Coś tam było. Wybrałam mały, czarny kluczyk spośród kilku innych i go przekręciłam. Wyjęłam małą kopertkę, lecz postanowiłam otworzyć ją dopiero w mieszkaniu. Weszłam po schodach, po czym znalazłam moje drzwi pośród kilku innych i weszłam. Położyłam gitarę na materacu, zdjęłam płaszcz i usiadłam na taborecie. Wzięłam kopertkę w obie ręce i rozdarłam papier paznokciem. Wyciągnęłam małą karteczkę.
"Szanowna P. Sadowski, ze względu na brak opłat za mieszkanie, za bierzący i zaległy miesiąc, jest Pani zmuszona się wyprowadzić w ciągu 2 tygodni (słownie: dwóch) i dokonać wpłaty zaległych rachunków na moje konto w ciągu 6 miesięcy (słownie: sześciu).
Właściciel."
Upuściłam list, schowałam głowę w ramiona i wybuchnęłam spazmatycznym płaczem. Czy to się kiedyś skończy?!
-Boże, co ja robię, że tak mnie karzesz?! Lubisz się nade mną pastwić? - wrzeszczałam na ile tylko mogłam. Nic mnie wtedy nie obchodziło.
Usłyszałam nieśmiałe pukanie. Akurat w takim momencie? Niech przyjdzie później, nie czuję się na siłach, żeby z kimkolwiek teraz rozmawiać...
Pukanie powtórzyło się, tym razem było głośniejsze i donośniejsze. Cholera, ludzie! Musicie teraz zawracać mi głowę?
Postanowiłam otworzyć; dla świętego spokoju. Podeszłam do drzwi i gwałtownie je otworzyłam. Moim oczom ukazał się rudy mężczyzna; ten sam, który zaczepił mnie na rynku.
-Dzień dobry... - powiedział ze skrępowaniem.
Chyba się mnie trochę przestraszył. Nie wyglądałam najlepiej; wielka śliwa pod okiem, czerwona od płaczu twarz, rude, tłuste i posklejane włosy, a do tego wściekłe spojrzenie mogły wyglądać przerażająco. Starałam się odpowiadać miło, ale trudno mi było to utrzymać; szczerze mówiąc, byłam na niego wściekła.
- Czego potrzebujesz?
- Wiesz, rozmawiałem z moim managerem i...
- Jakim managerem?
-Ach, no tak... Nazywam się Ed, jestem piosenkarzem. Kiedy usłyszałem jak grasz, to pomyślałem, że powiem o Tobie mojemu managerowi... Chciałby Cię usłyszeć.
Kiedy to powiedział, rozejrzał się oczami po moim mieszkaniu. Nie sądzę, żeby 15m2, którego jedynym wystrojem był materac, stolik, mała szafka i taboret przypadł mu do gustu. Tynk odchodził od ścian, a popękane panele błagały wręcz o wymianę.
- Wybacz mi, nie mam ani czasu, ani głowy, żeby bawić się w łażenie po Londynie.
- Proszę, zajmie to chwilę. Mam też transport.
- Posłuchaj. Nie mam pieniędzy, okradziono mnie, dostałam nakaz eksmisji i praktycznie jestem bez domu. Wystarczy, żeby zrozumieć?!
-Tak, ale...
Szybko wzięłam gitarę, zamknęłam drzwi i wybiegłam zostawiając Eda daleko za mną...
________________________________________________________________________
Siemanero C: Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, za tą kilkudniową przerwę. Problemy rodzinne itp. Ten rodział dedykuję Olci, mojemu mistrzowi, który pięknie robi zdjęcia zdjęciom.
Pozdrowionka
~Sheers
Wybiła godzina siedemnasta. Handlarze powoli zamykali swoje małe stoiska, ciesząc się, że zaraz spotkają swoją rodzinę, zjedzą ciepły obiad i odpoczną po całym dniu pracy. Lecz ja dalej grałam. Do tej pory zebrałam około pięciu funtów. Nie jest źle, jeśli dobrze pójdzie, to będę mogła jutro coś przekąsić. Przechodnie mijali mnie, spiesząc się do domów. Wielu patrzyło na mnie z obrzydzeniem. Fakt. Miałam na sobie dżinsy z ogromną ilością łatek, dziurawy płaszcz i starą koszulkę. Przydałoby się coś nowego, ale nie mam nawet na co liczyć. Ubrania mogę dopisać do listy życzeń.
Zaczęło się ściemniać. Szybko się zebrałam i powiedziałam "Do widzenia" P.Dorothy, która nadal dzielnie stała za swoim stolikiem z kwiatami. Ta starsza pani wiedziała jak oczarować ludzi. Większość podchodziła do jej straganu tylko po to, aby przyjrzeć się pięknym roślinom, a po chwili odchodzili z dwoma bukietami żółtych, pachnących gerberów.
Oddalając się już od rynku, wchodziłam na grząski teren. Była to okolica niezbyt przyjazna. Łatwo można tam dostać guza. Niestety nie było innej drogi. Z duszą na ramieniu przechodziłam obok ciemnych uliczek. Nie trafiłam na dobry moment. Zza zakrętu wyszła banda mężczyzn. Starałam się nie zwracać na siebie uwagi; szłam bokiem nie patrząc się na nich, nie zwracając uwagi. Na próżno.
-Ej, laluniu, co tu robisz? Jest już ciemno, ktoś mógłby Ci zrobić krzywdę...
-Nie mam czasu... - Chciałam ich spławić, ale nie dawali za wygraną...
-Podejdź no tu.
-Nie mogę, spieszę się! - dodałam już trochę panicznie; cholernie się bałam, nie wiedziałam, co mi zrobią.
Jeden z nich podszedł do mnie i złapał za ręce, wyrywałam się, ale to nic nie dało. Ich było kilku, a ja jedna.
-Puśćcie mnie! Pomocy! Pomocy!
Jakiś szatyn uderzył mnie w twarz i to była ostatnia rzecz, jaką widziałam, potem przed oczami widziałam już tylko pustkę i całkowitą ciemność...
************************************************************************************************************
Obudziłam się cała obolała. W końcu całą noc leżałam na chodniku. Powoli usiadłam, czując ból pod okiem. Gitara leżała obok mnie. Całe szczęście. Siedząc chciałam przywołać obraz z wczoraj. Co tak naprawdę się tu stało? Szłam ciemnymi ulicami, podeszli do mnie jacyś mężczyźni, chciałam się wyrwać, potem jeden z nich mnie uderzył...Chwila! Szybko sprawdziłam kieszenie w płaszczu, gdzie schowałam moje ciężko zarobione pieniądze. Nie było ich tam! Okradli mnie! Z czego teraz zapłacę? Skuliłam się i zaczęłam płakać. Czemu to życie jest takie trudne?! Czy tak będzie zawsze?! Musiałam wziąć się w garść. Praktycznie powinnam być już na rynku, a nawet nie zdążyłam dojść do domu. Wstałam. Moje obolałe kości domagały się odpoczynku na miękkim łóżku. Nie ma na to czasu.
W końcu dotarłam do domu. Postanowiłam, że napiję się herbaty i pójdę dalej pracować. Zapaliłam podgrzewacz i postawiłam na nim czajnik. Poszłam do łazienki umyć twarz. W lustrze ujrzałam moją twarz, lecz trochę inną. Prawie na całym oku miałam bordowego, ogromnego sińca. Stąd pojawił się ból. Nic to. Opłukałam zimną wodą zgrzaną twarz. Działała kojąco. Zalałam listki herbaty wrzącą wodą. Jak zwykle usiadłam na moim zasłużonym taborecie i wzięłam parę łyków gorącego napoju. Chciałam sięgnąć po kromkę chleba, ale widocznie się skończył, bo został po nim pusty worek. Herbaty również wystarczy tylko do jutra, margaryna jest na wykończeniu.
-Mam nadzieję, że dziś coś wpadnie do kieszeni. - głośno myślałam.
Już czas na wyjście. Złapałam gitarę i wybiegłam z mieszkania.
Gdy dotarłam na rynek wybiła 12:15. Usiadłam koło bankomatu, rutynowo wyjęłam gitarę z futerału i nastroiłam ją. Zastanawiałam się, co by zagrać. W końcu zdecydowałam się na "Yellow Submarine" Beatels'ów. Uwielbiałam ją. Kiedy byłam już w jej połowie podszedł do mnie jakiś człowiek. Usiadł naprzeciwko mnie nic nie mówiąc. Chciałam przerwać, aby spytać się co mu zagrać, ale tylko cicho powiedział:
-Graj.
W końcu piosenka się skończyła, lecz ona nadal siedział i nic nie mówił.
-Czy w czymś Panu pomóc? - Spytałam.
-Gdzie się nauczyłaś tak grać?
-Jestem samoukiem...
-Jak się nazywasz?
-Mary.
-Mary...Czy mogłabyś podać mi swój numer telefonu?
-Niestety, nie mam telefonu.
-Może chociaż adres?
-Dobrze... Ale chwila, po co Panu mój adres?
-Powiedzmy, że to dla Ciebie szansa.
-W takim razie dobrze.
Napisałam mu mój adres na karteczce, którą mi podał. Podziękował i odszedł.
Był dobrze zbudowanym mężczyzną o jasnej cerze. Miał ognisto rude włosy, które niesfornie sterczały z jego głowy. Wyglądał na około 20 lat. Miał na sobie niebieską bluzę z kapturem, czarne nike i luźne spodnie typu jeans. Kim on mógł być?
________________________________________________________________________
Cześć c: Dzisiaj troszkę dłużej. Będę starać się dodawać rozdziały codziennie, kiedy tylko będę mogła. Pozdrowionka
~Sheers
"Nawet jeśli wszyscy mówią, że do niczego się nie nadajesz, pokaż im, jak bardzo się mylą"
Od początku w życiu miałam przerąbane. Ojciec alkoholik i matka prostytutka nie byli wymarzonymi rodzicami. W szkole byłam wyśmiewana ze względu na mój kolor włosów. Zaczepki typu: "Ty, patrz, rudy!", "Ruda, masz przyjaciół? Pewnie nie!" były na porządku codziennym. W klasie nikt nie chciał ze mną rozmawiać; nawet nauczyciele patrzyli na mnie, jakbym była inna.
Obudziłam się gdzieś około 7 nad ranem. W sam raz. Szybko zaparzyłam herbatę w starym, pieknie zdobionym czajniczku; przywiezionym jeszcze z Polski. Posmarowałam czerstwy chleb margaryną i usiadłam na taborecie. Zastanawiałam się, czy z tego co dziś zarobię na graniu na ulicy wystarczy, aby kupić coś do jedzenia na jutro. Bardzo bym chciała. Zazwyczaj nawet nie mogłam pomarzyć o obiedzie; musiałam większość przeznaczać na opłaty mieszkania. Coraz częściej rozmyślałam, czy przyjazd do Anglii, do Londynu był aby dobrym pomysłem? Pewnie tak. Tym bardziej, że tu wszystko było tańsze; można jakoś wyżyć, z tych kilku marnych funtów...
Wzięłam gitarę i wyszłam, przekręcając mały kluczyk w drzwiach. Blok, w którym mieszkałam wydawał się być ogromny. Stara, kamienna architektura dodawała mu mroku. Widok czarnych cegieł, piętrzących się na wysokość około 25 metrów działał przytłaczająco. Tak bardzo chciałam się stąd wynieść, skończyć z tym i zacząć inne życie... Bardzo.
Szłam jak zawsze, zapuszczoną Bakers Street. Mijałam szare stragany okolicznej biedoty. W większości byli to ludzie starsi i schorowani. Gdy tylko obok nich przechodziłam robiło mi się ich strasznie żal; mieli jeszcze mniej ode mnie, samotni, pozostawieni na pastwę losu przez dzieci; zapomnieni... Zazwyczaj dawałam im dobre słowo. Nawet nie wiecie, jak bardzo się cieszyli, gdy mówiłam im zwykłe "Dzień dobry".
Dotarłam na miejsce. Był to mały ryneczek, gdzie szczęścia szukali okoliczni sprzedawcy owoców i warzyw. Lubiłam to miejsce, zawsze roztaczało wokół siebie dobrą aurę. Usiadłam na "swoim" miejscu, czyli przy ścianie, obok bankomatu. Wyciągnełam gitarę z futerału, który położyłam przed sobą. Nastroiłam mój sprzęt i zaczęłam grać "Whisky" Dżemu. Zazwyczaj ludzie omijali mnie, może czasem ktoś wrzucił funta, albo pół. Zawsze dziękowałam, na prośbę grałam to, co sobie jaśnie pan zażyczył. Zazwyczaj tak spędzałam całe dnie, a to dopiero była godzina ósma...
______________________________________________________________
Cześć C: Jestem Sheeraneiro, to mój pierwszy blog i pierwszy rozdział. Piszcie komentarze, oceniajcie! Zależy mi na opinii. Rozdziały będę dodawać co kilka dni, zależnie od czasu. Pozdrowionka.
~Sheers