piątek, 26 września 2014

Rozdział V

    

           Kilka dni w szpitalu i lekarze zdecydowali, żę mogę wracać do domu. Ta, jeśli w  ogóle miałam gdzie wracać. Zostały mi dosłownie dwa dni na spakowanie się i opuszczenie mojego mieszkanka. Miałam dużo czasu na przemyślenie, co potem zrobię. Pewnie przeniosę się do schroniska, potem jakoś pociągnę. Może. Wypisali mnie ze szpitala, a następnie udałam się w stronę blokowisk. Droga zajęła mi około godziny. Weszłam do mieszkania i rzuciłam się na materac. Odetchnęłam ciężko, pełna przeżyć. Po chwili odpoczynku postanowiłam powoli się pakować. Znalazłam gdzieś starą, podziurawioną torbę i włożyłam do niej rzeczy, które w najbliższym czasie mi się nie przydadzą. Takim sposobem trafiła tam zimowa, przetarta czapka, kilka kostek do gitary, no i jakieś dokumenty, dawno już zresztą niepotrzebne. Pozostało mi jedynie zabrać czajniczek, filiżankę i materac, ale to jutro, kiedy będę wychodzić. Już nawet nie wierzyłam w to, że uda mi się opłacić mieszkanie. W Londynie bez doświadczenia nikt nie chciał przyjąć do pracy kogoś takiego jak ja. Tak więc byłam sobie ja - grająca na gitarze, bezrobotna dziewczyna.

Obudziłam się około godziny 8, po czym zorientowałam się, że w każdej chwili może przyjść właściciel. Ogarnęłam mniej więcej mieszkanie i zabrałam pozostałe rzeczy ze stolika. Torbę postawiłam przy drzwiach i usiadłam na taborecie. Chciałam, żeby Ed tu był. Prawie go nie znałam, ale był jedyną osobą, którą w ogóle tu kojarzyłam. Rozmowa z nim podnosiła mnie na duchu, ale szanse, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczę były małe. Podejrzewam, że jako piosenkarz miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Usłyszałam pukanie i otworzyłam. W drzwiach stał wysoki brunet ubrany w garnitur. Pod pachą trzymał jakieś dokumenty.
- Dzień dobry, przyszedłem po klucze do mojego mieszkania.

- Proszę - podałam mu kluczyki, zabrałam torbę i zbiegłam na dół ze łzami w oczach.
Szłam szybkim krokiem, nie widząc prawie nic; z kapiącymi z oczu kropelkami, nie patrząc przed siebie maszerowałam gdzie nogi zaniosą. Nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam, nie chciałam, ja...

- Mary?
Przede mną stał Ed. Patrzył na mnie, zaskoczony najwyraźniej moim widokiem.
- Co tu robisz? Właśnie szedłem zobaczyć co u ciebie...Właśnie! Jak się czujesz? Wszystko okay? - mówił to tak szybko, z takim przejęciem w głosie, że zdawało się, że mu na mnie zależy.
Patrzyłam się w jego niebieskie oczy, czując jak powieki pięką mnie od łez.
- Nie jest okay... - wyszeptałam cicho - Nie jest...
Kilka łez spadło na mój płaszcz.
- Chodź ze mną.
Objął mnie ramieniem i powoli prowadził w stronę parkingu. Szliśmy przez rynek. Ludzie patrzyli na nas, ale w sumie to wisiało mi to. Od jakiegoś czasu nie przejmowałam się ludźmi i ich opinią na mój temat.
Ed podprowadził mnie do jakiegoś samochodu, otworzył drzwi, a ja usiadłam na miękkim fotelu. Gitarę i mój "bagaż" położyłam na tylnych siedzeniach.
Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. 

Jechaliśmy przez ciasne uliczki, a potem Ed zatrzymał się przy potężnym wieżowcu. Zabrałam swoje rzeczy z tyłu i starałam się nie płakać, co było bardzo trudne.
Szłam za nim jakieś pięć pięter, aż w końcu stanęliśmy pod drzwiami z numerem 45. Mieszkanie było duże i przestronne. Jak przystało na dom muzyka, wszędzie walały się jakieś płyty, papiery z zapisanymi nutami. Mężczyzna zdjął kurtkę, po czym spojrzał na mnie.
- Zdejmuj płaszcz i siadaj! Czuj się jak u siebie - dodał z uśmiechem, po czym udał się do kuchni.
Położyłam swoje rzeczy przy drzwiach i usiadłam kątem na beżowym fotelu.
- Napijesz się herbaty? - zawołał z kuchni Ed
- Nie, nie trzeba, naprawdę - zawołałam - naprawdę nie musisz!
Wrócił pięć minut później z filiżanką parującego napoju, po czym podał mi ją.
- Więc... Co się stało?
- Musiałam się wyprowadzić. Właśnie, zaraz muszę iść. Muszę się dziś zameldować w schronisku.
- Nie ma mowy. Na razie zostajesz u mnie, potem coś ci znajdziemy.
- Ale... Ed, nie mogę sprawiać ci takiego kłopotu. Przecież dam sobie radę, tam nie jest źle...
- Zostajesz tu. Jutro przedstawię cię managerowi.
- Dziękuję Ed...

______________________________________________________________________

Hej :) Dzisiaj trochę dłużej niż zazwyczaj - efekt kilku nieprzespanych nocy. Chciałam ten rozdział zadedykować mojej kochanej Eli, która jest i zawsze będzie najwspanialszą osobą na świecie.
~Sheers








piątek, 12 września 2014

Rodział IV

Co on sobie myślał?! Że będzie mnie ciągał po całym Londynie? Że rzekomo "Da mi szansę"? - myślałam, nadal wściekła maszerując przed siebie. Wtedy już nawet nie pamiętałam o zawiadomieniu od właściciela mieszkania. Teraz liczyło się co innego.
-Ten to ma tupet... - mruknęłam sama do siebie. 

Jak mu było? To było coś na E... Ed? Chyba. 
Gdy tak rozmyślałam, nawet nie zauważyłam, że jestem na rynku. Czyżby rutyna? Wzięłam też gitarę, chociaż było już grubo po 20. Ot, zwykłe przyzwyczajenie. Praktycznie wychodziłam tylko raz w ciągu dnia - żeby iść grać...
 Zaburczało mi w brzuchu. Nie dziwota, skoro nie jadłam od dwóch dni; ani śniadania, ani obiadu, ani kolacji. Rozejrzałam się. Wokół świeciły się lampy oświetlając czarne, drewniane ławeczki. W nocy było tu pięknie. W ciągu dnia, kiedy stały tu stragany, przechodzili ludzie, raczej nie można było dostrzec uroku tego miejsca. Dawniej były tu kwietniki, ale jacyś debile je ukradli. Nigdy nie myślałam o takich rzeczach siedząc tu i grając na gitarze. Zwracałam uwagę tylko na to, co gram i jak gram. Czy naprawdę musiałam uciekać od jakiegoś faceta, żeby to zobaczyć? To wszystko jest dziwne, ale pora wracać. Tym bardziej, że po 21 gaszą latarnie.

Szłam wolnym krokiem przez Nothingam Street. Widziałam już mój blok, zapalone światła w oknach mieszkań i wejście do klatki schodowej. Chodzenie po starym, połamanym chodniku sprawiało trudności; szczególnie w nocy, kiedy nic nie widać. Czarny, ceglany budynek zdawał się być zamkiem; wysokim, potężnym i solidnym. Ha, nigdy nie dostrzegałam tego, kiedy świeciło słońce. Kiedy poddawałam się swoim rozmyślaniom, kątem oka dostrzegłam gdzieś mały ruch. Zignorowałam go. Tłumaczyłam go sobie zwykłym liściem, czy ruszającą się na wietrze gałązką, czymkolwiek. Wyciągałam klucze do mieszkania, kiedy ktoś nagle szarpnął mnie za ramię. Padłam na ziemię nie mogąc się podnieść. Ręka bardzo mnie bolała, upadłam na nią. Z szoku nie mogłam powiedzieć ani słowa. Przede mną stał rosły mężczyzna.


- Sprawiłaś nam zbyt dużo kłopotów. Zaraz potem przyjechały psy i nas ściągnęły. Pożałujesz tego, szmato!

Wymierzał już cios, kiedy nagle odzyskałam głos. Wykorzystałam to i wrzasnęłam z całej siły. Nie przeszkodziło mu to. Uderzył mnie w chorą rękę. Cholernie bolało. Zdzielił mnie znowu, tym razem w brzuch. Skuliłam się z bólu, zdążyłam tylko cicho wyszeptać:
- Proszę, przestań...
Uśmiechnął się krzywo, jakby to, co robił sprawiało mu przyjemność.
Zamknęłam oczy czekając na kolejne uderzenie. Nic jednak nie nastąpiło. Mężczyzna stał przede mną i powoli się wycofywał. Nie mogłam dostrzec, co go do tego skłoniło, ponieważ nie miałam nawet możliwości, aby podnieść głowę. Usłyszałam tylko jak uciekał, a po chwili ktoś do mnie podbiegł. Podniósł mnie i posadził na jakiejś ławce. Widziałam tylko rozmazane obrazy

- Halo? Proszę o karetkę na Nothingam Street.  Dziękuję.
To był głos Eda! Skąd on się tu wziął?

Niedługo potem przyjechała karetka i zabrała mnie do szpitala. Według lekarzy miałam złamaną rękę i mocno obity brzuch. Po otrzymaniu tej wiadomości, oddałam się odpoczynkowi. Nie trwał on jednak długo, ponieważ zaraz po tym pielęgniarka oznajmiła mi, że ktoś chce mnie odwiedzić. Zdziwiłam się, bo nie znałam nikogo, kto wiedziałby o mojej wizycie w szpitalu poza lekarzami. Chwilę później drzwi lekko się uchyliły i wszedł przez nie Ed. 
- Cześć...
- Cześć, usiądziesz?
Skinął głową, po czym usiadł na małym stołku obok mojego łóżka.
- To... Skąd się wziąłeś, tam, wtedy...
- Czekałem na ciebie aż wrócisz. Nie potrafiłbym pójść sobie, wiedząc, że jesteś sama na mieście, do tego w nocy... Usłyszałem twój krzyk i przybiegłem.
- Dziękuję ci, uratowałeś mi życie.
- Każdy by to zrobił, nie ma sprawy.

- Przepraszam, że tak na ciebie wtedy naskoczyłam, ale praktycznie to już nie mam gdzie mieszkać. Straciłam mieszkanie.
- Och... Mogę ci jakoś pomóc? 

- Nie trzeba, jakoś sobie poradzę... Są przecież przytułki.
- Dobrze, gdybyś potrzebowała pomocy, to możesz na mnie liczyć. Muszę lecieć, zdrowiej.
Wyszedł, zostawiając mnie samą.

____________________________________________________________

Cześć c: Daaaaawno nie było rozdziału. Niestety, dużo nauki, brak weny. Codziennie jednak miałam wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. Trzymajcie się
~Sheers