Kilka dni w szpitalu i lekarze zdecydowali, żę mogę wracać do domu. Ta, jeśli w ogóle miałam gdzie wracać. Zostały mi dosłownie dwa dni na spakowanie się i opuszczenie mojego mieszkanka. Miałam dużo czasu na przemyślenie, co potem zrobię. Pewnie przeniosę się do schroniska, potem jakoś pociągnę. Może. Wypisali mnie ze szpitala, a następnie udałam się w stronę blokowisk. Droga zajęła mi około godziny. Weszłam do mieszkania i rzuciłam się na materac. Odetchnęłam ciężko, pełna przeżyć. Po chwili odpoczynku postanowiłam powoli się pakować. Znalazłam gdzieś starą, podziurawioną torbę i włożyłam do niej rzeczy, które w najbliższym czasie mi się nie przydadzą. Takim sposobem trafiła tam zimowa, przetarta czapka, kilka kostek do gitary, no i jakieś dokumenty, dawno już zresztą niepotrzebne. Pozostało mi jedynie zabrać czajniczek, filiżankę i materac, ale to jutro, kiedy będę wychodzić. Już nawet nie wierzyłam w to, że uda mi się opłacić mieszkanie. W Londynie bez doświadczenia nikt nie chciał przyjąć do pracy kogoś takiego jak ja. Tak więc byłam sobie ja - grająca na gitarze, bezrobotna dziewczyna.
Obudziłam się około godziny 8, po czym zorientowałam się, że w każdej chwili może przyjść właściciel. Ogarnęłam mniej więcej mieszkanie i zabrałam pozostałe rzeczy ze stolika. Torbę postawiłam przy drzwiach i usiadłam na taborecie. Chciałam, żeby Ed tu był. Prawie go nie znałam, ale był jedyną osobą, którą w ogóle tu kojarzyłam. Rozmowa z nim podnosiła mnie na duchu, ale szanse, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczę były małe. Podejrzewam, że jako piosenkarz miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Usłyszałam pukanie i otworzyłam. W drzwiach stał wysoki brunet ubrany w garnitur. Pod pachą trzymał jakieś dokumenty.
- Dzień dobry, przyszedłem po klucze do mojego mieszkania.
- Proszę - podałam mu kluczyki, zabrałam torbę i zbiegłam na dół ze łzami w oczach.
Szłam szybkim krokiem, nie widząc prawie nic; z kapiącymi z oczu kropelkami, nie patrząc przed siebie maszerowałam gdzie nogi zaniosą. Nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam, nie chciałam, ja...
- Mary?
Przede mną stał Ed. Patrzył na mnie, zaskoczony najwyraźniej moim widokiem.
- Co tu robisz? Właśnie szedłem zobaczyć co u ciebie...Właśnie! Jak się czujesz? Wszystko okay? - mówił to tak szybko, z takim przejęciem w głosie, że zdawało się, że mu na mnie zależy.
Patrzyłam się w jego niebieskie oczy, czując jak powieki pięką mnie od łez.
- Nie jest okay... - wyszeptałam cicho - Nie jest...
Kilka łez spadło na mój płaszcz.
- Chodź ze mną.
Objął mnie ramieniem i powoli prowadził w stronę parkingu. Szliśmy przez rynek. Ludzie patrzyli na nas, ale w sumie to wisiało mi to. Od jakiegoś czasu nie przejmowałam się ludźmi i ich opinią na mój temat.
Ed podprowadził mnie do jakiegoś samochodu, otworzył drzwi, a ja usiadłam na miękkim fotelu. Gitarę i mój "bagaż" położyłam na tylnych siedzeniach.
Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
Jechaliśmy przez ciasne uliczki, a potem Ed zatrzymał się przy potężnym wieżowcu. Zabrałam swoje rzeczy z tyłu i starałam się nie płakać, co było bardzo trudne.
Szłam za nim jakieś pięć pięter, aż w końcu stanęliśmy pod drzwiami z numerem 45. Mieszkanie było duże i przestronne. Jak przystało na dom muzyka, wszędzie walały się jakieś płyty, papiery z zapisanymi nutami. Mężczyzna zdjął kurtkę, po czym spojrzał na mnie.
- Zdejmuj płaszcz i siadaj! Czuj się jak u siebie - dodał z uśmiechem, po czym udał się do kuchni.
Położyłam swoje rzeczy przy drzwiach i usiadłam kątem na beżowym fotelu.
- Napijesz się herbaty? - zawołał z kuchni Ed
- Nie, nie trzeba, naprawdę - zawołałam - naprawdę nie musisz!
Wrócił pięć minut później z filiżanką parującego napoju, po czym podał mi ją.
- Więc... Co się stało?
- Musiałam się wyprowadzić. Właśnie, zaraz muszę iść. Muszę się dziś zameldować w schronisku.
- Nie ma mowy. Na razie zostajesz u mnie, potem coś ci znajdziemy.
- Ale... Ed, nie mogę sprawiać ci takiego kłopotu. Przecież dam sobie radę, tam nie jest źle...
- Zostajesz tu. Jutro przedstawię cię managerowi.
- Dziękuję Ed...
______________________________________________________________________
Hej :) Dzisiaj trochę dłużej niż zazwyczaj - efekt kilku nieprzespanych nocy. Chciałam ten rozdział zadedykować mojej kochanej Eli, która jest i zawsze będzie najwspanialszą osobą na świecie.
~Sheers
Obudziłam się około godziny 8, po czym zorientowałam się, że w każdej chwili może przyjść właściciel. Ogarnęłam mniej więcej mieszkanie i zabrałam pozostałe rzeczy ze stolika. Torbę postawiłam przy drzwiach i usiadłam na taborecie. Chciałam, żeby Ed tu był. Prawie go nie znałam, ale był jedyną osobą, którą w ogóle tu kojarzyłam. Rozmowa z nim podnosiła mnie na duchu, ale szanse, że kiedykolwiek go jeszcze zobaczę były małe. Podejrzewam, że jako piosenkarz miał o wiele ciekawsze rzeczy do roboty. Usłyszałam pukanie i otworzyłam. W drzwiach stał wysoki brunet ubrany w garnitur. Pod pachą trzymał jakieś dokumenty.
- Dzień dobry, przyszedłem po klucze do mojego mieszkania.
- Proszę - podałam mu kluczyki, zabrałam torbę i zbiegłam na dół ze łzami w oczach.
Szłam szybkim krokiem, nie widząc prawie nic; z kapiącymi z oczu kropelkami, nie patrząc przed siebie maszerowałam gdzie nogi zaniosą. Nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam, nie chciałam, ja...
- Mary?
Przede mną stał Ed. Patrzył na mnie, zaskoczony najwyraźniej moim widokiem.
- Co tu robisz? Właśnie szedłem zobaczyć co u ciebie...Właśnie! Jak się czujesz? Wszystko okay? - mówił to tak szybko, z takim przejęciem w głosie, że zdawało się, że mu na mnie zależy.
Patrzyłam się w jego niebieskie oczy, czując jak powieki pięką mnie od łez.
- Nie jest okay... - wyszeptałam cicho - Nie jest...
Kilka łez spadło na mój płaszcz.
- Chodź ze mną.
Objął mnie ramieniem i powoli prowadził w stronę parkingu. Szliśmy przez rynek. Ludzie patrzyli na nas, ale w sumie to wisiało mi to. Od jakiegoś czasu nie przejmowałam się ludźmi i ich opinią na mój temat.
Ed podprowadził mnie do jakiegoś samochodu, otworzył drzwi, a ja usiadłam na miękkim fotelu. Gitarę i mój "bagaż" położyłam na tylnych siedzeniach.
Popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
Jechaliśmy przez ciasne uliczki, a potem Ed zatrzymał się przy potężnym wieżowcu. Zabrałam swoje rzeczy z tyłu i starałam się nie płakać, co było bardzo trudne.
Szłam za nim jakieś pięć pięter, aż w końcu stanęliśmy pod drzwiami z numerem 45. Mieszkanie było duże i przestronne. Jak przystało na dom muzyka, wszędzie walały się jakieś płyty, papiery z zapisanymi nutami. Mężczyzna zdjął kurtkę, po czym spojrzał na mnie.
- Zdejmuj płaszcz i siadaj! Czuj się jak u siebie - dodał z uśmiechem, po czym udał się do kuchni.
Położyłam swoje rzeczy przy drzwiach i usiadłam kątem na beżowym fotelu.
- Napijesz się herbaty? - zawołał z kuchni Ed
- Nie, nie trzeba, naprawdę - zawołałam - naprawdę nie musisz!
Wrócił pięć minut później z filiżanką parującego napoju, po czym podał mi ją.
- Więc... Co się stało?
- Musiałam się wyprowadzić. Właśnie, zaraz muszę iść. Muszę się dziś zameldować w schronisku.
- Nie ma mowy. Na razie zostajesz u mnie, potem coś ci znajdziemy.
- Ale... Ed, nie mogę sprawiać ci takiego kłopotu. Przecież dam sobie radę, tam nie jest źle...
- Zostajesz tu. Jutro przedstawię cię managerowi.
- Dziękuję Ed...
______________________________________________________________________
Hej :) Dzisiaj trochę dłużej niż zazwyczaj - efekt kilku nieprzespanych nocy. Chciałam ten rozdział zadedykować mojej kochanej Eli, która jest i zawsze będzie najwspanialszą osobą na świecie.
~Sheers